wtorek, 5 lutego 2013

Zwiastun i plakat "Wspaniałej"


„Czarujące!”, „mały klejnot”, „Amelia w świecie Mad Men!” - tak prasa pisała o jednym z przebojów francuskich kin, komedii romantycznej „Wspaniała”. 


Rozgrywa się ona w świecie szalonych lat 50-tych i opowiada o młodej, pięknej i pełnej wdzięku Rose, która marzy, by uciec z małego miasteczka i znaleźć najlepszą pracę na świecie.

W 1958 roku zajęciem dającym możliwość podróży i przygód, o którym śnią wszystkie nowoczesne dziewczyny, była.... praca sekretarki. Wkrótce Rose nie tylko dostanie pracę w firmie ambitnego i przystojnego Louisa, ale też odkryje swój wyjątkowy talent. To będzie dla niej szansa na zdobycie tysięcy wielbicieli i – być może – miłości mężczyzny, na którym jej najbardziej zależy... Żeby to wszystko osiągnąć Rose musi nauczyć się pisać na maszynie - i to bardzo szybko, najszybciej na świecie!

W rolach głównych we „Wspaniałej” występuje wielka gwiazda francuskiego kina Romain Duris („W rytmie serca”, „Smak życia”), a partnerują mu Bérénice Bejo znana z oscarowego „Artysty” i Déborah François, laureatka Cezara dla najbardziej obiecującej młodej aktorki oraz odtwórczyni głównej roli żeńskiej w nagrodzonym Złotą Palmą „Dziecku” braci Dardenne.

„Wspaniała” wejdzie na ekrany polskich kin 15 marca. Zwiastun!

(opis za Gutek Film)

CeZik koncertowo

Projekt CeZik & KlejNuty rusza też w trasę koncertową!
fot. Paweł Kuźmicki

05.02 – Warszawa  – SOLD OUT
06.02 – Sopot + Peter J. Birch – SOLD OUT
07.02 – Poznań + Peter J. Birch – SOLD OUT
04.04 – Kraków + Peter J. Birch
05.04 – Nowy Targ + Peter J. Birch
06.04 – Tarnów + Peter J. Birch
07.04 – Lublin + Peter J. Birch
17.04 – Wrocław
18.04 – Lubin + Peter J. Birch
19.04 – Wieluń
20.04 – Lubliniec

niedziela, 3 lutego 2013

"Operacja Dzień Wskrzeszenia", Andrzej Pilipiuk (recenzja)

Powrót do przeszłości. Przeszkodzić w zaistnieniu temu, co już się stało. Bogactwo szczegółów. Przygoda. Radość czytelnicza! 

Podróże w czasie to nie nowina. Szczególnie w literaturze. Minęło już ponad sto lat, od chwili, w której Herbert George Wells kazał Podróżnikowi uruchomić wehikuł, aby wylądował w odległej przyszłości (a warto zaznaczyć, że już wcześniej – choć mniej świadomie – opuszczano swoją epokę). Niejednokrotnie też ożywiali tę fabułę przy pomocy ruchomych obrazków artyści natchnieni przez X Muzę. O ile jednak podróż do przodu po linii z uporem ustalającej chronologię, staje się interesująca jako snucie socjologicznych (tudzież filozoficznych, politycznych, antymilitarnych) rozważań o przyszłości rasy homo – nie zawsze – sapiens, o tyle powrót staje się nęcący, ponieważ będziemy mogli poddać retuszowi to, co już się zdarzyło. Przynajmniej w jednej z możliwych rzeczywistości. Andrzej Pilipiuk podąża w Operacji Dzień Wskrzeszenia właśnie tym tropem. Niczym w Terminatorze Jamesa Camerona należy usunąć przodka. Tym razem po to, aby ratować ludzkość przed zagładą.
 
Wielu udowodniło, że zmiany w historii można dokonać bez podróży w czasie. Trudno jednak wymazać zagładę spowodowaną wyścigiem zbrojeń. Żeby to naprawić trzeba przeszkodzić w zaistnieniu temu, co już się stało. Trzeba przeprowadzić operację pod nazwą Dzień Wskrzeszenia.

Pojawiają się u bohaterów wątpliwości, które czytelnikom prozy spod pióra Pilipiuka nie są obce. Dylemat, czy możemy skazać na nieistnienie kogoś, kto zbrodni jeszcze nie dokonał? Co więcej, czy godzi się przy okazji pozbawiać szans na zaistnienie jego przodków, a nawet przypadkowych ludzi? Co z nie zapisanym w Historii, a znaczącym, wpływem „usuniętych” na innych?
 
W Operacji Dzień Wskrzeszenia to tylko pretekst do snucia interesującej fabuły i zanurzenia się w światy przeszłe, w których – wbrew nieokreślonej tęsknocie za minionym – nie jest zbyt wspaniale. Śmierdzi, gryzą insekty, a i przesłuchiwanie przez ochranę nie należy do przyjemnych. Podróżnicy w czasie wyruszają z misją. Gdzie wylądują i kiedy? Nie do końca wiedzą, bo... kto zna naturę czasu?

To największy plus powieści Pilipiuka – nie sprzedaje nam się tutaj naiwnej pewności. Nikt nie może przewidzieć konsekwencji ani w pełni zapanować nad samą podróżą. Przeczeszemy oczywiście teorie powszechnie znane. Pojawi się paradoks dziadka, efekt motyla oraz wiele innych. Ale jako teorie właśnie. Nie ma żadnej mądrej głowy, która poda nam prawdę objawioną.
 
Gdy już skoczymy razem z bohaterami w pozornie znaną przeszłość, dostaniemy od Andrzeja Pilipiuka realistycznie opisane otoczenie i solidną faktografię. To jedna z niewielu opowieści o czasach minionych, która skupia się na wielu zmysłach – np. węchu; rzeczywistość nie zawsze pachnie tak samo – detalach, nawet takich jak faktura odzieży. Wielość szczegółów nie zakłóca świetnej zabawy. W końcu najważniejsza jest ta czytelnicza przyjemność płynąca z śledzenia fabuły i zanurzaniu się w świat przedstawiony. Dodatkowo zamiast super bohaterskich muskularnych Van Damme'ów, mamy do czynienia z podróżnikami takimi jak my. To wyjęci z tłumu na podstawie testów przeciętniacy. Dzięki temu nasz doping jest silniejszy.

Gdy już docieramy do – dodajmy dość otwartego i zaskakującego – zakończenia, czujemy żal, że właśnie opuszczamy rzeczywistość tak zgrabnie podaną przez Pilipiuka. Operacja Dzień Wskrzeszenia to radość obcowania z przygodą.
© Michał Domagalski
Tytuł:Operacja Dzień Wskrzeszenia
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawca: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Data wydania: (wyd. IV) 2012, (wyd. I: 2006)
Liczba stron: 496
Oprawa: miękka




Recenzja ukazała się także pod tytułem Zmienić historię na portalu Wywrota.

sobota, 2 lutego 2013

Prekursorska liberatura Joyce'a

„Finneganów Tren” – dzieło otwarte (w)koło – wielki sen ludzkości (nie)przetłumaczony na polski. Warto to zobaczyć. Warto ocenić.


Tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego, które było przygodą trwającą dziesięć lat, to nie pierwsza próba starcia się z tą przełomową, zagadkową i (na swój sposób) poetycką powieścią. Jest za to próbą kompletną i co ważniejsze (słusznie) docenianą.

Początek Finnegans Wake był tłumaczony m.in. przez Jerzego Strzeleckiego.1 Fragment przełożył także kiedyś Maciej Słomczyński, który przybliżył w sposób – jak wielu twierdzi – kongenialny polskiemu odbiorcy inne ważne dzieło Jamesa Joyce'a, Ulissesa. Ósmy rozdział Finegans Wake pt. Anna Livia Plurabelle ukazał się w 1973 roku w majowym numerze „Literatury na świecie”. Słomczyński, nazywając utwór Irlandczyka „najbardziej enigmatycznym dziełem naszych czasów”, twierdził, że nie mogłoby ono powstać, gdyby nie... Przygody Alicji w Krainie Czarów2. Oba teksty odwołują się do poetyki, choć słuszniej byłoby stwierdzić „logiki”, snu. Utwór Lewisa Carrolla przedstawiał sen jednej dziewczynki, utwór Joyce'a staje się próbą pokazania snu „całej ludzkości wirującej w nieskończonym czasie cyklicznie między śmiercią a zmartwychwstaniem”3.

Tutaj oczywiście pojawia się pytanie, czy język, który ma opisać owe widzenia całej cywilizacji – a może nawet w tej cywilizacji każdego z osobna – nadal będzie zrozumiałym językiem. Kto zanurzył się chociaż we fragment Finnegans Wake, wie, że James Joyce'a porzucił czystość i spójność jednego języka, w zamian stwarzając swoisty miks. Nie nadaje owej lingwistycznej hybrydzie spójnego kształtu. Dowolnie kojarzy formanty, fleksję a nawet fonetykę z różnorodnych języków. Oczywiście owa dowolność wydaje się sterowana na zasadzie poetyki kalamburu4Ponoć Słomczyński, gdy wspomniał kiedyś, że tłumaczy „Finnegans Wake” na polski, usłyszał: Ale z jakiego języka?


Odzyskując znaczenia, czytelnik nie może zapomnieć w trakcie interpretacji nie tylko o sposobie złożenia, ale także o wyższej organizacji tekstu. Finnegans Wake zderza ze sobą całe światy kultur. Łączy dokonania filozofów z wierzeniami ludowymi, dramatyczne fragmenty z piosenkami. Na jednej stronie spotykamy Peruna i Baśnie z tysiąca i jednej nocy.5 Takich przykładów można mnożyć w nieskończoność. Każdy znajdzie w utworze Joyce'a coś... ciekawego(?). Inaczej: każdy znajdzie dzieło Joyce'a na swój sposób. Wydaje się, że nawet sam autor mógłby być zaskoczony tym, jak przebiega percepcja jego dzieła. Tworząc jednak dzieło tak bardzo otwarte, nie sposób kontrolować jego życia.
 
Czytelnicze interpretowanie – jak rzadko kiedy – zależy od skojarzeń i kontekstu, w jakim potrafimy osadzić konkretne zabiegi i całość. Czy zauważymy, że ilość stron (628) ma bezpośredni związek ze słowem grzmotem (lub słowem-gromem), które zaś łączy Finnegans Wake z poglądami włoskiego filozofa Giambattisty Vico zawartymi w jego Nauce nowej? Takich zabaw w owej „powieści nocy” (Ulisses był nazywany „powieścią dnia”) odnajdziemy wiele. W ten sposób Finnegans Wake staje się olbrzymim pudełkiem puzzli z elementami, które tylko pozornie mają wyznaczone jedno miejsce przez twórcę. Tak naprawdę zaś, czy po ułożeniu wyjdzie pejzaż, czy pozbawiony konstrukcyjnej logiki obraz abstrakcyjny, zależy od odbiorcy.

Wrzucenie (a właściwie próba wrzucenia) w jeden tekst całej kultury i zamknięcie jej w kolistym cyklu (gdzie pierwsze zdanie jest kontynuacją ostatniego) spowodowało, że Finnegans Wake stał się dziełem totalnym. Jako takie zaś trudnym w odbiorze. Obejmującym przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Na swój sposób wyprzedzającym popularne od pewnego czasu zabawy słowem, ale przecież i kalekie internetowe łączenie (na różnym poziomie, ale z reguły z marnym skutkiem) języków.

Oczywiście warto pamiętać, że to tylko próba. Nie każdy musi dostrzec w niej ową wielkość wychwalaną przez joyce'ologów. Nie każdy dostrzega. Nawet Krzysztof Bartnicki zaznacza: „Na trzeciej stronie można by przestać czytać” i (wbrew wielu badaczom) „Logika Finnegans Wake nie jest logiką snu”6. Bo czy faktycznie to wiekopomne dzieło nie otarło się o bełkot? Powiedzieć wszystko od razu, to nie powiedzieć nic. Podczas lektury możemy myśleć jak Alicja: „Trochę to trudno zrozumieć... nasuwa jakieś myśli... ale nie wiem dokładnie jakie!”




Każdy musi sam wyrobić sobie zdanie na ten temat. Teraz ma taką możliwość, bo Finnegans Wake ukazał się po polsku. A może dokładniej. Korporacja Ha!art wydała coś, co Bartnicki określa tłumaczeniem „z joyce'owskiego wakijskiego na polską wersję wakijskiego”. Tak oto na półki księgarń trafił Finneganów Tren. Postarano się o odzwierciedlenie wielu cech oryginalnego tekstu. Okładka wzorowana jest na pierwszym wydaniu. Podobnie ilość stron oraz wiele innych elementów. W końcu pozycja ta jest 19. na liście serii wydawniczej Korporacji Ha!art LIBERATURA. Joyce figuruje tutaj jako jeden z prekursorów zjawiska. W tej samej serii pojawią niedługo teksty towarzyszące dziełu Joyce'a. Z godnym pochwał rozmachem wydawniczym realizuje się więc wprowadzenie tego utworu na polski rynek.
 



© Michał Domagalski


Tytuł: Finneganów tren
Autor: James Joyce
Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Seria: Liberatura
Tłumaczenie: Krzysztof Bartnicki
Liczba stron: 628
Data Premiery: 2012-02-29

------------------------------------------------------------------------
1 „Twórczość” 12/1959. Informację podaję za Markiem Kośnikiem, który w Poetykach Joyce'a Umberto Eco (Warszawa 1998) przywołuje to tłumaczenie.
2 Por. Maciej Słomczyński Od tłumacza, w: Carroll Lewis, Przygody Alicji w Krainie Czarów, Kraków 2003.
3 Tamże.
4 Por. Eco U., Poetyka kalamburu, w: tegoż, Poetyki Joyce'a, Warszawa 1998.
5 Strona 5. polskiego wydania.
6 W wywiadzie dla „Książki”, nr 1 (4) 2012.
7 Tamże.

Recenzja ukazała się także na Wywrota.pl

Spotkanie z baśniami rosyjskimi

Data wydarzenia: 2013-02-05 19:00:00
Miasto: Poznań
Miejsce: Kluboksięgarnia Głośna, ul. Św. Marcina 30/8-9

Zapraszamy na kolejne spotkanie z baśniami z różnych stron świata. Tym razem będą to baśnie i bajki z Rosji opowiadane przez grupę Baśnie Właśnie.

Jakie baśnie opowiadają sobie i znają nasi wschodni sąsiedzi? Czy różnią się one od baśni polskich? A jeśli się różnią, to czym?

zapraszamy na Spotkanie pełne baśni wzruszających, zabawnych i często nieznanych.

Odbędą się dwa spotkania, na których będą prezentowane też różne baśnie:
część 1 - 5 lutego o godz. 19.00 w Kluboksięgarni Głośna ul. Św. Marcin
część 2 - 18 lutego o godz. 19.00 w Strefie Kultywator ul. Zielona

wstęp 5 zł / bilety do nabycia w miejscu wydarzeń,
przedsprzedaż odbywa się na tydzień przed spotkaniem. Ilość miejsc ograniczona.


(info za Głośna)